Wspomnienie o Zbigniewie Szewczyku, absolwencie studiów leśnych na SGGW w latach 1955-1960

Nasz rocznik, gdy zaczynaliśmy studia, liczył sto kilkanaście osób. Dla porządku dodam, że był to pierwszy rocznik idący kursem jednolitym a nie dwustopniowym (inżynier, magister). Było już 10 lat po wojnie, ale kraj jeszcze się nie odbudował. W Warszawie wiele budynków leżało w gruzach, ale już kończono budowę Pałacu Kultury i Nauki, który nosił imię Józefa Stalina. Zresztą Katowice nazywały się wtedy Stalinogród.

W takich warunkach pojawili się w wielkim mieście Warszawie młodzi, czasem bardzo młodzi, czasem mocno starsi (z powodu przeżyć wojennych) studenci leśnictwa, pochodzący często z odległych wsi i miasteczek. Jednym z nich był Zbyszek Szewczyk. Dlaczego podjął studia leśne?  O tym on sam opowiadał w eseju zatytułowanym ‘Skąd moje zamiłowanie do lasu’.

„W 1949 roku moi Rodzice kupili 2 ha pola z przyległym jarem. Ten jar, jak to często w górach bywa, miał strome, wysokie (około 12 m) skarpy porośnięte drzewami liściastymi różnych gatunków (graby, brzozy, olchy, osiki, lipy, leszczyny) oraz dorodnymi jodłami. Pod tymi drzewami były kępy tarniny, ostrężyny z kraśnymi owocami, czernice, maliny, kruszyny, kaliny. Wielogatunkowe runo w południe upalnego wakacyjnego dnia dawało wspaniałe zapachy. Czego tam nie było! Macierzanka, którą pocierało się wewnętrzne ścianki ula przed osadzeniem pszczelego roju. I mięta dzika, końską zwana. Kozłek lekarski używany przez zielarkę do wyrobu kropli walerianowych na serce. Żółto kwitnący dziurawiec, z którego parzyło się herbatę dobrą na bolący żołądek. Herbatę robiło się też z rumianku i kwiatów lipy (na poty przy przeziębieniu). Tę zielarkę ludzie miejscowi nazywali Szczepanowa Rozkoszyna ze Zagórza. Dowiedziałem się od niej, że korzenie żywokostu służą do okładów zwichniętego stawu lub złamanej kości. A na opuchliznę przykłada się liść babki (Plantago major).

.......

Pasąc wtedy krowy wsłuchiwałem się w świergot przeróżnego ptactwa. Najbardziej lubiłem głos wilgi i nawet nauczyłem się go naśladować.

Uczęszczałem wtedy do piątej klasy siedmioklasowej szkoły powszechnej w Jasiennej na Pogórzu Rożnowsko-Ciężkowickim, na granicy powiatów nowosądeckiego i tarnowskiego. I nawet przez myśl mi nie przeszło, że za 8 lat, na Wydziale Leśnym SGGW w Warszawie będę słuchał wspaniałych wykładów o tych cudach przyrody, jako student trzeciego roku,……..

Pamiętam, że ptaki milkły w samo południe i następowała kompletna cisza. Ludzie mówili, że tak się dzieje dla uszanowania Bożego dzieła. Wtedy z odległego o 5 km kościoła w Siedlcach dolatywał odgłos dzwonów, trzech dzwonów; każdy o innym tonie - w całości wspaniały akord muzyczny. Dzwony, niczym katedralne, grały cudownie. Słuchałem i odmawiałem, jak na ministranta przystało, modlitwę południową ‘Anioł Pański’. Bo to „Na Anioł Pański biją dzwony, niech będzie Maria pozdrowiona, niech będzie Chrystus pochwalony. Na Anioł Pański biją dzwony”. Tak pięknie napisał Kazimierz Tetmajer.

.......

Romantykiem jestem od najmłodszych lat. Jako pięcioklasista uczyłem się z podręcznika historii Polski o wielkich bitwach i szarżach na koniach (pod Grunwaldem, pod Wiedniem, pod Somosierrą). I ten jar zakupiony wraz z polem ornym był w mojej wyobraźni jedenastoletniego chłopca Wąwozem pod Somosierrą, przez który pędzę na koniu wyżej i wyżej jako szwoleżer Kozietulskiego, który wierzył, że Napoleon po zajęciu Hiszpanii pokona zaborców i wskrzesi Polskę potężną od morza do morza. Takie były wtedy marzenia Polaków. Takie były nadzieje legionistów. Ale ja marzyłem o leśnictwie. Mówi się, że marzenia są siłą napędową postępu. …..A więc pomagałem szczęściu i uczyłem się – do tytułu magistra inżyniera, jako trzeci mieszkaniec wsi Jasienna (po prof. Stanisławie Takuskim i mgr Marianie Michaliku)”.

Powyższe wspomnienia podano ze skrótami.

Zbyszek był o rok albo dwa młodszy od wielu z nas. Dobrze wychowany, serdeczny dla koleżanek i kolegów. Często nosił, zwłaszcza w zimne dni, mały czarny beret i takim go można zobaczyć na czarno-białych zdjęciach z tamtego okresu. Niestety niewiele mogę powiedzieć o nim z okresu studiów, ponieważ mieszkaliśmy w dwu zupełnie różnych miejscach: On na Woli na Jelonkach, a ja na Powiślu na ul. Górnośląskiej.  Spotykaliśmy się na wykładach i ćwiczeniach – zwłaszcza ćwiczenia terenowe w lasach doświadczalnych SGGW w Rogowie były okazją do kształtowania się więzi koleżeńskich między nami, jako leśnikami. Tak więc w skład grupki bliższych sobie osób wchodzili: Zbyszek Szewczyk, Leszek Kurowski, Leszek Hubert Urbański, Tadzio Zasowski i ja – Gustaw Matuszewski. Ja ze swoim prawie dwumetrowym wzrostem pasowałem do nich najmniej, ale jakoś mnie tolerowano. Jednak wybraliśmy odmienne specjalizacje. Zbyszek zainteresował się inżynierią i geodezją leśną, co pomogło mu później w  pracy w Rejonowym Zarządzie Dróg Publicznych w okręgu, z którego pochodził.

Po studiach nie widzieliśmy się przez długi czas (poniewczasie szkoda), aż do roku 1995, kiedy pojawił się w Warszawie na zjeździe ogólnouczelnianym. Pracował wtedy jako naczelnik gminy Korzenna. Z trudem poznałem Go, bo na studiach był  szczuplutki, a teraz brodaty poważny pan zachowujący się stosownie do swej funkcji. W głębi duszy pozostał jednak tym samym romantycznym Zbyszkiem.

Zaangażował się wielce w prace Stowarzyszenia Wychowanków SGGW, m.in. bardzo  zależało mu na odnowieniu pamiątkowego nagrobka profesorstwa Romana i Jadwigi Kobenzów, na cmentarzu służewieckim w Warszawie. Zbyszek chętnie i stosunkowo często odwiedzał kolegów rozproszonych po całym kraju, w czym żaden z nas mu nie dorównał. Z czasem jednak choroba ograniczyła jego możliwości i kontaktował się z nami tylko telefonicznie. Wciąż był pełen pomysłów – planował wydanie swoich wspomnień w formie książkowej, ale śmierć – dla nas o wiele przedwczesna – nie pozwoliła mu dokończyć tego dzieła.

Do Stowarzyszenia Wychowanków SGGW formalnie włączył się w 2000 roku po ogólnouczelnianym zjeździe absolwentów naszej uczelni, w 40 lecie jego istnienia. W latach 2004 – 2006 był członkiem Zarządu Stowarzyszenia uczestnicząc we wszystkich jego zebraniach (mieszkał w Nowym Sączu). Ponadto kilkakrotnie uczestniczył w komisjach problemowych, a przede wszystkim w komisjach wniosków i uchwał. W swej działalności z dużym zaangażowaniem starał się zachować historię Uczelni. Między innym, z Jego inicjatywy po zjeździe absolwentów rocznika 1959 i 1960 w 2004 r., wystąpiono do władz Uczelni z propozycją o nadanie imienia Prof. R. Kobendzy jednej z alei w Kampusie Ursynowskim i obsadzenie jej metasekwoją. Również poddał propozycję podjęcia starań opracowania dla upamiętnienia dorobku naukowego wybitnych profesorów i leśników polskich.

Jesteśmy przeświadczeni, że Pan trzyma Zbyszka pod rękę i przechadzają się po rajskich gajach – choć ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, co zgotował Pan swoim wiernym – jak mówi Pismo Święte. Kochamy i wspominamy Cię Zbyszku, bo byłeś dobrym człowiekiem.   Pogrzeb Kol. Zbyszka odbył się 25 lipca 2012 roku w Nowym Sączu.

 

Napisał Gustaw Matuszewski

Warszawa, 2012-07-24