Wspomnienie o Marii Cieśluk-Głoskowskiej

 

7czerwca mija rocznica śmierci Marysi. To już 6 lat od tego tragicznego wypadku drogowego. W czasie XXV koleżeńskiego spotkania IV grupy rocznika 1951-1955 Wydziału Zootechnicznego SGGW zginęło 4 absolwentów uczelni. Wśród nich Marysia. Rozmawiałem z Nią na kilka minut przed wypadkiem. Wsiadając do autokaru, powiedziała „Jak to dobrze, ze znów się spotykamy. Tyle przecież mamy sobie do powiedzenia. Tak wiele wszyscy mamy planów życiowych, o których będę chciała porozmawiać. Bo życie tak nam szybko ucieka”. Do tych słów wracam ciągle.

Poznałem ją w 1951 r. na zajęciach z anatomii zwierząt. Była z rodzaju tych, których zapamiętuje się na całe życie. Pogodna, o miłej powierzchowności i sympatyczna. W czasie całych studiów nam wszystkim życzliwa I z dużym poczuciem humoru. Jej wrodzona cierpliwość i tolerancja umożliwiały nam wspólne uczenie się przed egzaminami. Marysia była bowiem zawsze dobrze przygotowana do każdego egzaminuj nie unikała udzielania nam pomocy w nauce.

Ta właśnie otwartość, pogoda ducha a także serdeczny uśmiech zyskiwały Jej sympatię i zaufanie. Była osobą wielkiego serca, prawą i szlachetną o dużej kulturze osobistej i wiernej przyjaźni którą obdarzała bezinteresownie.

Urodziła się w Białymstoku i zawsze to miasto uznawała za najpiękniejsze. W l959 roku uzyskała dyplom inżyniera zootechnika. Wychowała się w rodzinie urzędniczej i przechowywała najbardziej cenne  wartości tej rodzinnej tradycji - skromność. odpowiedzialność, szacunek dla innych, prawość i wierność pryncypiom. Po ukończeniu studiów wraz z Tadeuszem, z którym wzięła ślub na ostatnim roku wspólnych studiów, z trzyletnim nakazem pracy podjęła pracę w PGR Gołdapskich. Zdecydowała się na ten wyjazd, chociaż wiedziała, jak w spartańskich. powojennych warunkach przyjdzie jej żyć, wychowywać dzieci. Z energią i zapałem przystąpiła do swej pierwszej pracy jako zootechnik w PGR Pogorzel pracując w nim przez siedem lat. Następnie, wspólnie z Tadeuszem podjęła pracę w POHZ w Łącku, przez pięć lat zajmując się hodowlą bydła. Od 1967r aż do pójścia na emeryturę pracowała w Stadninie Koni w Skrzydłowie, której dyrektorem był przez 35 lat Tadeusz.

Praca była dla Niej wszystkim, ale zawsze na pierwszym miejscu stawiała rodzinę, męża, córkę i syna, a potem kolejno czworo wnuków. Uczyła swe dzieci i wnuki, że więzi rodzinne to wzajemne zobowiązanie, i skutecznie wpajała im najwyższe standardy moralnej etyczne. Jej śmierć spowodowała pustkę trudną do zagospodarowania. Gdy umarła, to jakby wygasła jakaś cząstka także wśród nas, jej przyjaciół. Bolesną pustkę wypełniamy wspomnieniami. Ta kolejna rocznica to przekazywanie minionych wydarzeń. Coraz głębiej, a może i inaczej. Marysia odegrała szczególną rolę w integracji naszego środowiska studenckiego. Dom Tadeuszów był zawsze otwarty. Niezwykle towarzyska i gościnna, gromadziła wokół siebie nie tylko rodzinę, ale i wielu przyjaciół.
Ta śmierć zabrała Ją w pełni życia i tylu planów. Nie mogę nadał przeboleć, że nastąpiło to tak nagle. Że życie i śmierć mogą się tak raptownie przemieszczać. Gdy teraz bywamy w Skrzydłowie, to zawsze w rozmowach powracamy do przeszłości, do naszego przemijania.

Wspominamy Cię, Marysiu, jako naszą koleżankę o ogromnej życzliwości, przyjazną ludziom i sprawom, którymi się zajmowałaś. Tak często brakuje nam Twojej radości życia, optymizmu i zaufania do ludzi. Jesteśmy i będziemy z Tobą. Jak długo jeszcze tej naszej rozłąki? Twojego odejścia nie da się ani zrozumieć, ani wytłumaczyć, ani zapomnieć.

Janusz Czyż